Ibuprom | Dla Niepokonanych

X

PASJA DZIAŁANIA

To podejmowanie się różnego rodzaju sportów i turystyki kwalifikowanej. To robienie rzeczy,które dla wielu ludzi wydają się niezrozumiałe lub zbyt niebezpieczne

Głosów: 0 1673 miejsce w rankingu odsłon profilu: 761
2009-08-03

BLOG PRZENIESIONY NA PROFIL PASJADZIALANIA2 ZAPRASZAMY:-)

http://pasjadzialania2.dlaniepokonanych.pl/blog/pasjadzialania2/index.htm
2009-07-23

ROWEREM I KAJAKIEM

Rower i kajak to jedne z naszych ulubionych środków transportu. Przygodę z kajakiem zaczęłysmy dość niedawno więc nie posiadamy jakiś wygórowanych umiejętności, ale pragniemy tą dyscyplinę w sobie rozwijąć. DLatego w te wakacje jedziemy na obóz kajakowy gdzie rozpozniemy  kurs instruktora kajakarstwa.

Jednym z nikonwencjonalnych spływów nastapił zimą na Narwi. I naprawdę nic na to nie możemy poradzić, że ciagnie nas do tak małopopularnej i dzikiej turystyki:-)

Rowerem najczęściej jeżdzimy po swoich okolicach, ale nie pogardzimy dłużyszmi wyprawkami i wypawami. Czasem startujemy też w maratonach i raz chyba udało sie nam coś wygrać:P Poniżej przedstawiam relacje spisaną po wyprawie rowerowej na trasie Szczecin - Władysławowo. Spotakło nas tu wiele przygód o których mówiły nawet media :-)

„Hej Gosia, nie uwierzysz co się stało! Jestem na wyprawie rowerowej i dziś 100 km za nami. Spotkała nas śnieżyca i czterogodzinne opóźnienie pociągu, potem brak prądu w Szczecinie i powódź w Trzebiatowie, a wyjechanie ze Szczecina zajęło nam dwa dni. Ale jest fajnie" - takiego sms-a wysłałam, kiedy dojechaliśmy do Grzybowa.  Już na samym początku wyprawy, a dokładnie na stacji PKP Warszawa Centralna przyjęliśmy zasadę, że „im gorsza pogoda tym większa przygoda".

Każdy z nas obejrzał prognozę pogody i wiedział, na co się szykuje. Nie było odwrotu, postanowione że jedziemy. „Zima zawita w kwietniu na północy Polski" - przepowiadała pogodynka i niestety tak się stało. Nasz plan zakładał, aby odcinek od Świnoujścia do Władysławowa (330 km) pokonać rowerem w cztery dni.  Zaplanowaliśmy pokonywać dziennie sto kilometrów - niestety pogoda nam to uniemożliwiła. Pierwszy problem pojawił się zanim jeszcze dotarliśmy do Szczecina. Tak naprawdę to w ogóle nie mogliśmy się tam dostać. Pamiętacie może awarię prądu i przerwę w jego dostawie dla mieszkańców tego miasta? No właśnie...

Zatrzymani w SzczecinieAwaria zastała nas w pociągu, gdzieś niedaleko Szczecina. Przerwa w dostawie prądu spowodowała opóźnienie pociągu o cztery godziny. Przesiedzieliśmy ten czas w nieogrzewanym przedziale. Był środek nocy, a  za oknem śnieżyca. Pobliski krajobraz zlewał się w totalnej bieli. Kto by pomyślał - zima w połowie kwietnia? Biorąc pod uwagę nasze letnie wyposażenie, moje adidasy i trampki współtowarzyszy sytuacja śmieszna nie była. Pozostało owinąć buty w woreczki, które miały ratować stopy przed zmoczeniem i ruszyć w drogę.

Pociąg dojechał tylko do stacji Szczecin Dąbie, więc stąd postanowiliśmy ruszyć na Międzyzdroje. Po około 20 km sytuacja się skomplikowała ponieważ pobocze, którym się poruszaliśmy, zmieniło się w trasę szybkiego ruchu. Rozum wziął górę i nie pojechaliśmy dalej tą drogą, a że innej nie było zawróciliśmy na stację PKP. Tutaj czekaliśmy na jakiekolwiek informacje, o jakichkolwiek pociągach jadących w którąkolwiek stronę. Byliśmy zmęczeni, głodni, źli i gotowi w jednej chwili zmienić plany i udać się z powrotem do Warszawy lub Wrocławia, ponieważ właśnie to miasto mogło pochwalić się słoneczną pogodą i przyzwoitą temperaturą. Minęło kilka godzin, a żadna informacja się nie pojawiła. Prądu wciąż nie było, a perspektywa nocowania w nieogrzewanym schronisku PTTK nie była przekonująca. Kiedy już naprawdę sprawa przedstawiała się fatalnie usłyszeliśmy głos: „pociąg z peronu 5 odjeżdża do Warszawy" Ale zaraz...! My nie chcemy wracać! Tyle przygotowań i już ma być po wszystkim? Po wymianie zdań tylko jednego kolegi nie udało nam się przekonać.  Na szczęście pociąg, do którego biegł, uciekł mu sprzed nosa i w ten sposób nasz skład się nie zmienił, a chwilę potem siedzieliśmy w pociągu do Szczecina. Tutaj zatrzymaliśmy się u znajomego. Wyciągnął dawno nie używany rower z piwnicy i pokazał nam miasto z zupełnie nowej - rowerowej perspektywy. Jak na pierwszy nocleg rowerowej wyprawy lepiej trafić nie mogliśmy. Nie dość, że spanie za darmo, z dostępem do prysznica to jeszcze śniadanie zaserwowane jak w hotelu. To wszystko sprawiło, że poczuliśmy się rozleniwieni i spoglądając przez okno na opadające płatki śniegu zastanawialiśmy się nad pozostaniem w Szczecinie do czasu poprawy pogody. Z drugiej strony czas nas naglił i nie chcieliśmy nadużywać gościnności przyjaciela. Postanowiliśmy ruszyć pociągiem do Międzyzdrojów. Tak, tak... wydaje się wam, że więcej przejechaliśmy PKP niż rowerami? Poczekajcie na dalszy bieg historii...

Wyludnione Międzyzdroje W Międzyzdrojach zaczęliśmy od poszukiwania noclegu. Wakacyjny kurort, który w sezonie pełny jest wczasowiczów, świecił pustkami. Przypominał opuszczoną wieś bez żywej duszy. Ze znalezieniem noclegu większych problemów nie było. Ulokowaliśmy się w przytulnej kwaterze za 25 zł od osoby - nic tańszego nie znaleźliśmy. Po zrzuceniu przeładowanych sakw, pojechaliśmy zobaczyć morze. Koniec dnia uczciliśmy ogromną pizzą i kuflem zimnego piwa. Nazajutrz pogoda zaczęła się poprawiać, więc zadowoleni ruszyliśmy dalej. Początkowy odcinek drogi wiódł przez Woliński Park Narodowy. Krajobraz dostarczał wspaniałych doznań wzrokowych. Nie mogliśmy się jednak zatrzymać  ponieważ mieliśmy opóźnienie dwudniowe. Odwiedziliśmy ruiny zamku w Trzęsaczu i podziwialiśmy klifowe wybrzeże. Jedną z licznych, tym razem niemiłych, niespodzianek na drodze była powódź,  jaka dotarła do Trzebiatowa. Zmuszeni byliśmy zawrócić i drogami przez „pola" kierować się w stronę Grzybowa - miejsca następnego naszego noclegu. W tym wypadku również mieliśmy szczęście ponieważ ulokowaliśmy się w kwaterze - 20 zł od osoby. Z tego miejsca nazajutrz nasz kolega z powodu ciężkiego przeziębienia zmuszony był wrócić do domu. My jednak pedałowaliśmy dalej. Nasz cel - Łeba.

Do ŁebyPo 150 km dotarliśmy tam ok. godz. 23.00 totalnie wykończeni. Nocleg załatwialiśmy sobie w czasie jazdy z pomocą znajomych. Naszą kwaterą okazał się przepiękny pensjonat z dwoma pokojami, łożem królewskim, telewizorem, lodówką i czego tam jeszcze dusza zapragnie. Właścicielka, pełna podziwu wobec naszego wyczynu, wzięła od nas jedynie 25 zł od osoby. W Łebie postanowiliśmy zatrzymać się drugi dzień, ponieważ cóż by nam z tego przyszło gdybyśmy nic tu nie zobaczyli. Mimo, iż na drugi dzień padało wybraliśmy się na przejażdżkę do Słowińskiego Parku Narodowego.

Cel: WładysławowoOstatni dzień wyprawy zaliczyliśmy zdecydowanie do najprzyjemniejszych. Po śniegu nie było już ani śladu, słońce wychylało się zza chmur, a temperatura oscylowała na poziomie 15 stopni. Ostatnim celem było Władysławowo. Najpiękniejszy odcinek podróży, oprócz terenów WPN, prowadził przez Nadmorski Park Krajobrazowy. Po lewej stronie rozpościerał się przepiękny widok na błękitne morze. Po minięciu Jastrzębiej Góry zatrzymaliśmy się na przylądku Rozewie. Nie mieliśmy jednak możliwości wejścia na latarnię, ponieważ zwiedzanie poza sezonem jest niemożliwe. Po wielkim obiedzie załadowaliśmy się w pociąg do Gdyni. Tutaj czekając na pociąg powrotny do Warszawy zrobiliśmy sobie czterogodzinna wycieczkę krajoznawczą po mieście.

Gdy znaleźliśmy się w pociągu zmęczenie mieszało się ze smutkiem końca wyprawy. Choć nie udało nam się zrealizować głównego celu to i tak nie żałowaliśmy decyzji o kontynuacji wyprawy. Byliśmy bogatsi o nowe doświadczenia i zawarte znajomości. Myślę, że w przyszłości podejmiemy się kolejnej takiej wyprawy - tym razem na południe Polski. Ale z tym będzie się już wiązała zupełnie inna historia.

Autor:&

2009-07-22

PODZIEMNY ŚWIAT

Chodź penetracja jaskiń nie jest naszą największą miłością to właśnie od nich zaczęła się nasza przygoda, którą kontynułujemy do dzis i która nabiera coraz to śmielszych kroków.

Jaskinie kojarzą się najczęściej z ciemnością, brudem i zimnem. Co tu duzo mówić - dokładnie takie są. NIe są przyjazne człowiekowi jesli ten nie umie sie po nich poruszać. DO bezpiecznego penetrowania jaskiń trzeba posiadać odpowiednie wyposarzenie jaskiniowe, nauczyć się czytać plany jaskiń no i umieć orientować sie w terenie. NIe jest to trudne lecz wymaga pewnej praktyki. Tego wszystkiego nauczyłysmy sie na kursie i juz potem same mogłysmy jeździć zabierając innych znajomych. Szczerze pisząc to mało osób chciało z nami jezdzić, ponieważ każdy bał się tych "mrocznych przestrzeni". To panowie najbardziej dyskutowali na temat tego, że wprowadzać do dziury będą ich baby:P

To nas jednak nie zniechęciło. Jednym z lepszych wypadów jaskiniowych okazał się wyjazd sylwestrowy. Wtedy poraz pierwszy udałysmy się do jaskini pionowej uzywając prowizorycznego sprzętu. Jaskinie pionowe różnią się od poziomyh tym, że do tych pierwszych potrzebny jest odpwiedni sprzęt do zjazdu i wspinaczki oraz umiejętność jego operowaniem. My z tej dziedziny jestesmy jeszcze ziolone i dlatego poruszamy się głównie po jaskiniach poziomych z elementami pionowymi. Moim marzeniem jest zjazd do wielkiej studni, w której, w ciemnościach zgubiłabym zwrokiem zasięg jej ścian. Dla Jagi natomiast wielkim wyzwaniem byłoby przecisnięcie się przez największe zaciski, w których musiałaby sie powyginać na wszystkie strony, aby dość do wyjścia.

CIekawe jest to, że chodź obie lubimy jaskinie to każda z nas znajduje w nich coś innego. Ja lubie duże przestrzenie i w przyszłości chciałabym chodzić po jaskiniach ze sprzętem. Jaga natomiast woli małe, ciasne miejsca tzw. "zaciski" Chodź z pewnościa nie pogardzi pieknego zjazdu w duł, w czarną odchłań:-)

Reasume: do tej pory zwiedziłysmy razem ok 20 jaskiń na terenie Polski. Najniebezpieczniejsza sytuacja wynikała podczas wypadu w jaskinie fliszowe. MIałam źle zapięty kask, który mi sie odpioł i spadł do szczeliny. Jaga dzielnie po niego zanurkowała oczywiście była podtrzymywana przez współtowarzyszy.

Zawsze jeździłysmy z genialną ekipą i pewnie dlatego każdy wypad uznawałyśmy za aż tak udany.

Autor:&

2009-07-22

Czym jest "pasja działania"?

Nasz pierwszy wypad w jaskinie (jaskinia w Zielonej Górze Nasz pierwszy wypad w jaskinie (jaskinia w Zielonej Górze

"Chcemy znaleść się tam gdzie nikt wcześniej nie był. Robić coś, co nie przyszło do głowy nikomu innemu.

Chcemy przezyć swój czas .... i chyba coś PO PROSTU po sobie pozostawić. Chcemy żyć naprawdę, a nie tylko tak trochę, jak zwykle, jak zawsze, jak wszyscy" 

Pasja działania to projekt, który zrodził się w momencie naszego pierwszego wspólnego wyjazdu w jaskinie Jury krakowsko - częstochowskiej. Robiłysmy tam kurs organiztora turystyki jaskiniowej i fortyfikacyjnej. Okazało się, że kręcą nas aktywne wyjazdy na pograniczu turystyki ekstremalnej. Zajęcia praktyczne poprzedzone wiedzą teoretyczną dały nam duzą satysfakcje i energię do realizacji dalszych wspólnych działań.

Pasja działania to nie tylko trekkingi górskie, spływy kajkowe czy wypady w jaskinie. To również spotkania z ludźmi, slajdowiska, długie rozmowy w namiocie, gdy z zimna z każdym wydechem wydobywa się para. To poznawanie drugiego człowieka w sytuacjach, gdy najważniejsze są proste wartości; partnerstwo, lojalność, przyjaźń, a nawet życie.

To robienie wielu rzeczy dla innych. Zachęcanie ich do zmiany trybu zycia na aktywny.

"Pasją działania" jest również nasza praca. Zawsze to co robimy ma dla nas sens. Inaczej ciężko byłoby nam wstawać rano i mysleć, że idzie się do pracy, której sie wogóle nie lubi. Realizujemy swoje marzenia i ambicje w branży sportowo - turystycznej. Cały czas chcemy się rozwijać. Zawsze chcemy pracować z pasją.

O mnie

pasjadzialania

pasjadzialania
Marzenie:

4 miesięczna podróż po zakątkach Europy wschodniej. Poznanie jej dzikiej kultury i krajobrazów, które nie są podane jak na dłoni w zwykłych przewodnikach.

Tagi:

góry jaskinie rafting kajaki działanie razem

Adres bloga:
http://pasjadzialania.dlaniepokonanych.pl/ Kopiuj i rozsyłaj znajomym.

Zobacz inne blogi